Pozdrawiam, M.

7 Styczeń, 2011

w bezruchu
we mnie
we mnie-bezruchu

gniją

słowa w ustach zamkniętych jak zasznurowany but

we mnie-bezruchu

myślę, że zasłużyłem na pokutę
myślę, że wszyscy na nią zasłużyliśmy

lustro słów
niewypowiedzianych słów co piętrzą się
we mnie
gniją
we mnie

w ustach chrust
mróz

słów niewypowiedzianych tysiące
i już zawsze będą piętrzyły mur

Twoich warg wydęcie
tamę moich słów
wzwyż

moich rąk
w Twój śmiech
już nic

krok
w bezruchu krok

tłum zszedł na lancz


1 Wrzesień, 2010

Nigdy
„nigdy nie będę już tak szczęśliwy jak tego lata” – A.T.


w

30 Sierpień, 2010

City

stoimy
jakby spór miał sens


30 Sierpień, 2010

Heat

Gorączka…


wciąż

5 Maj, 2010

jestem skorupą
gestów
i słów


3 maja

3 Maj, 2010

jak materia

od dziś składam się głównie z pustki
i może niech już tak pozostanie.


kiełbasa z Zielonej Góry

23 Kwiecień, 2010

w puszczy chrustu
trzeszczy stos
dzika paszcza
marszczy nos

w paszczy szpaler lśniących kłów
w oczach żwawi groźny błysk
krwawe chuci szczerzą pysk

śliskich ślepi grozy chłód,
lodu chłód, zmrozić wroga
spieszy już

śródlistowie, oręża strzeż
łowczego męża odwagę wzmóż
achillesowym ramieniem dzierż
błyszczący od ros nóż

dzielnego woja Bizancjum póz
rozpurpurowi kroków wiersz
wśród gałęzi dębów i brzóz
oddech na wstrzymanie bierz

wtem przyczajenie w tygrysi skok
rozwinęło mięśni splot
w ciszy cisz
nóż we krwi u zwłok

dziki zwierz bez walki padł
jak błyskawicą ściętych drzew
pokot dusz
gdy rycerz runął nań

a gdy z futer i skór
oddechu ustąpił już duch
Tygrys, bo o nim mowa tu,
myśliwy lakonicznych zdań,
Tintoretto spożywczych fraz,
martwego ciała mas
kilogramy na siodło
cisnąwszy, ku miastu w pęd
puścił cwał
traw brocząca krew
nawozem stała się

już mury
i wrota bram
witają króla tych chwil
już wieść rozeszła się
że dziś dzik w masarni gość

kiełbas, kiełbas trzeba nam
już masarze mkną do bram
już tasaki poszły w ruch
noże skrzą nadzwyczaj dziś

kilometry kiszek pleść
smakołyków wiją nić
z nich kanapkę zrobię w mig


s

23 Kwiecień, 2010

dłonie
kącik ust
spojrzenie
ulica
bruk

brakuje słów mi znów

jak to pięknie


Oda do mojego kolegi Sebastiana robiącego sobie kanapki w kuchni w pracy

19 Marzec, 2010

Ty, co w dłoni mężnej dzierżysz nóż
Ty, co jak lew prężysz tors
Nad którym innych nie ma już

Ty, co nocą władasz i dniem
Co wrogów wodzisz za nos
I bramy otwierasz imieniem swem

Nieugiętego męża podnieś skroń
Kromcz, w kromczeniu toń
Chleba nie żałuj
Powszedniość odrzuć precz
Plastry wędlin niech lenny złożą hołd
Owoców kiść
Drzemu słój
Herbacie nie każ czekać

Mięs wielobarwny tłum
W pochodzie przyjąć racz

Jak w tańcu boju wiruj i tnij
Smaruj i zdób
Układaj
Porządkuj
Strój
Pieprzem pieprz, solą sól
W harmonii, symfonii wzór
W smaków rytm
W woni chór
A potem jedzenia rozkosz
Jak morze rzekę chłoń


niedziela

14 Marzec, 2010

droga do nieskończoności jest kręta i wybrukowana ludzkimi kośćmi


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.